1/16/2019

Ćwierćwiecze



Przeczytałam właśnie post z zeszłorocznych urodzin i zaśmiałam się pod nosem. Co ja sobie naobiecywałam. Nie spełniłam nic (oprócz samotnego chodzenia do kina, jednak wciąż nie polecam, takie mocne zero na dziesięć).

Jak byłam młodsza, gdzieś w gimnazjum czy w podstawówce i czytałam blogi, i ktoś w opisie miał, że już dwadzieścia pięć lat to myślałam sobie, whoa, co za dinozaur. To już pewnie mądry i doświadczony człowiek, ułożony z konkretnymi planami na przyszłość. Patrząc na siebie dzisiaj nie mogłam zaśmiać się głośniej.

Wciąż nie czuję się na tyle, ile mam. Wciąż uwielbiam oglądać bajki i chodzić na nie do kina. Wciąż uwielbiam flamingi i inne „dziecinne” zabawy. Staram się nieustannie cieszyć małymi rzeczami, choć w obliczu ostatnich wydarzeń, bardzo o to trudno. Nie czuję się poważna. Nie czuję obligacji do robienia „poważnych” rzeczy, jeśli czuję się z nimi źle. Bo jedną, najważniejszą rzeczą, jakiej się w ciągu tego roku nauczyłam jest to, że to ja jestem dla siebie najważniejsza. Nie czyjaś opinia na mój temat, brzydkie spojrzenie czy zawistne  słowo.

Pod koniec dnia i tak kończę sama ze sobą, więc muszę się czuć dobrze w swoim towarzystwie.

25 lat. No powiem wam, trochę to jednak jest. Solidna i porządna liczba. A osiemnastka tak jakby wczoraj.