20.06.2017

niewychowana jestem

Co prawda miałam się wyprowadzać, zmieniać mieszkanie, zaczynać ostatni rok studiów od nowa. W najśmielszych oczekiwaniach nie przypuszczałabym, że z mieszkania zostanę wyrzucona, a wyprowadzą mnie rodzice, bo nie będę w stanie spojrzeć – na szczęście byłej już – współlokatorce w oczy. Nie przypuszczałabym również, że zostanę przez jej chłopaka nazwana niewychowaną, ta sytuacja jest jednak tak pokręcona, tak dla mnie wręcz niemożliwa i jakaś wyrwana z kosmosu, że jestem w stanie uwierzyć we wszystko.

Także, albo – przede wszystkim – w to, że uchowaj mnie od związków, w których facet gra główne skrzypce, a ja stoję za nim skulona bo boję się powiedzieć słowa, by pana i władcy nie zdenerwować.

We wtorek śmiałam się, że ciekawe, czy panowie prędzej skończą remont elewacji, czy może ja się wcześniej wyprowadzę. Do końca w nich wierzyłam. Przestałam, w momencie otrzymania wiadomości, że w mieszkaniu zostały wymienione zamki, bo „zalegam z czynszem, a tak w zasadzie to nigdy nie płaciłam w terminie” ;) Pomyślałam, wtedy, że o nie, proszę mnie wpuścić, biorę swoje rzeczy i dziękuję, do widzenia. Z jednej strony jestem wdzięczna, że nie stało się to w maju, kiedy miałabym gdzieś pół miesiąca codziennego dojeżdżania na uczelnię z domu. Z drugiej, jakby jest środek sesji, egzaminy i praktyki, wobec czego, dojeżdżam… codziennie ;’)

Dzisiaj na przykład miałam, po powrocie z uczelni, ambitne plany nauki, ale pudła stoją, rzeczy stoją, wszystko stoi, a mnie taki burdel i bajzel denerwuje. Nie, żebym jakąś estetką była, albo może panią domu, tylko wiecie, to działa na zasadzie odkurzania pustyni. Dwa pudła opróżniłam, dwa stoją, a ja nie mam sił.

Nie mam sił również dlatego, że po raz kolejny dałam się nieźle omamić człowiekowi, z którym jeszcze we wtorek umawiałam się na wyjście do kina i na obiad, a kilka dni później zostałam wywalona. Na zbity, co by nie powiedzieć, pysk, ale właśnie wczoraj się rozwiązało, że to chodzi raczej o chłopaka tejże, któremu nie podpadłam, a który mieszka z nią od grudnia. No coś mu się nie spodobałam, niewychowana jestem w końcu, jego własne słowa, więc może za cicho w tym pokoju siedziałam?

Kuriozalna sytuacja stała się w momencie, kiedy znalazłam ogłoszenie, w którym współlokatorka chce ponownie wynająć ten pokój, mimo, że jeszcze wówczas nie byłam wyprowadzona, a na zdjęciach tegoż były moje prywatne i osobiste rzeczy. Nie wspominając o fakcie, że w grudniu, kiedy poinformowała mnie o tym, że wprowadza się chłopak, a ja poprosiłam czy mogę domieszkać do czerwca, zapewniała, że chce ten pokój jakoś dla nich wykorzystać ;)

Mam nadzieję, że trafi jej się w końcu jakiś porządny współlokator, taki z opowieści internetowych. Tego jej życzę! ;)


(A sobie zdanego egzaminu z zarządzania).

07.06.2017

kyl my plyz

Jejuśku.

Dlaczego ten czas tak leci jak oszalały. Powtarzam po raz milionowy, ale ja naprawdę zatrzymałam się gdzieś na etapie stycznia, ewentualnie lutego kiedy to moja studencka kariera wisiała na włosku, kiedy sesja się kończyła a z nią siła i chęci do czegokolwiek, i kiedy – o zgrozo – obiecywałam sobie, że do tego egzaminu, co go trzykrotnie poprawiałam, to ja teraz – z dwóch semestrów go mam za dwa tygodnie – przyłożę się tak jak nigdy do niczego się w życiu jeszcze nie przyłożyłam. No przecież tu nie trzeba być jasnowidzem żeby wiedzieć, że ja przecież palcem nie ruszyłam, do wczoraj bo wczoraj wydrukowałam notatki, i tak się pytałam nieśmiało ludzi, czy to już prawie tak jakbym była nauczona ale ludzie powiedzieli, że nie i jest mi z tego powodu smutno. Żeby jednak nauka szła mi lepiej, ta czy jakakolwiek inna, to poszłam sobie kupić potrzebne do niej rzeczy, znaczy poszłam po kartki, a wróciłam z kartkami i naklejkami i innymi niezbyt koniecznymi pierdołami. Co nie.

Poza tym wyprowadzam się pod koniec czerwca z tego oto lokum i jest mi niesamowicie przykro bo mieszkałam tu trzy lata i trudno się rozstać z okolicą i współlokatorką i w ogóle… Ha ha ha, aż sobie prawie uwierzyłam. Nie no, chodzi o to, że ja się muszę spakować. Trzy lata zwożenia rzeczy na mieszkanie skutkuje tym, że tych rzeczy jest za d u ż o i na samą myśl że to trzeba spakować, popakować, poukładać, porozkręcać to mnie skręca. Bo mi się nie chce, jestem leniem. Najgorsze jednak dopiero przyjdzie, bo toć od października jeśli się chce tą parszywą magisterkę napisać i obronić to trzeba mieć gdzie  mieszkać, a dojeżdżanie mi się nie widzi; pamiętam szukanie mieszkania przed trzema laty i to jest taka straszna gehenna, to jest takie straszne doświadczenie, że ja chętnie bym to oddała komuś innemu, niech ktoś mi znajdzie, i ja się podporządkuję.

A na domiar złego ostatnio tak mnie wszyscy denerwują, że ja naprawdę chciałabym jakieś kontakty międzyludzkie utrzymywać, ale ja nie potrafię się nie denerwować na innych jeśli ci coś mi robią. Na przykład nie oddają mi książek, które za nich wypożyczyłam i później świecę oczami w bibliotece i unikam wzroku i mówię cicho „tak wyszło”, nie lubię też upominać się o swoje, co jest w sumie głupie ale kto powiedział że ja jestem mądra (nie ja). Przez chwilę nawet myślałam nad tym by napisać książkę pod tytułem „jak dać się wykorzystać [przez przypadek]” i ja sądzę, że to byłby bestseller na skalę światową i w ogóle chyba temu powinnam poświęcić czas a nie magisterce, do której np. tworzyłam konspekt przez trzy miesiące w bólach we łzach i w pocie czoła żeby tylko dogodzić promotorowi, a jak już mi się to udało to się okazało że chyba zmieni mi się od października promotor i czy to już enough to kill myself??

Z takimi dławiącymi pytaniami ja się żegnam, miałam powiedzieć, że idę do notatek, przynajmniej pozaznaczać to, co potrzebne, ale ja się chyba nie chcę dzisiaj jeszcze bardziej zdołować. 


20.05.2017

O tym jak dobrowolnie przekroczyłam granice komfortu

Ojesu.

Co to był za emocjonalny dzień. Wciąż w to wszystko nie wierzę, w obfitość zdarzeń, wydarzeń, uśmiechów, śmiechów i tego wszystkiego co sprawiło, że to był jeden z fajniejszych dni w ogóle.

Wszystko zaczęło się od tego, że spodobała mi się idea współprowadzenia audycji w radio, co jest trochę ironiczne, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jakieś półtora roku temu zrezygnowałam z opcji praktyk w innym radiu. Niemniej, raz się żyje, zgłosiłam się wraz z koleżankami w listopadzie, pan odpisał, do zobaczenia w maju, okej, ale kiedy tam maj, dużo czasu, dużo rzeczy na głowie, minie. Święta, jedne, drugie, Tom Odell, happysad, majówka, o, 19 maja, już jutro, już zaraz, ale super!.  

No ale wtem maj przyszedł, ekscytacja też, nerwy o dziwo nie, jeszcze nie wtedy, no to wiecie, zaaferowanie, bilety, podróż, pogoda, emocje, to wszystko nie pozwoliło się martwić tym, że jednak ktoś może usiąść przed radioodbiornikiem i serio nas słuchać. Ja osobiście wszystkim odradzałam dodając, że to nic ciekawego, że bzdety, że dajcie spokój, piątek wieczorem, wiele fajniejszych rzeczy do robienia. Z wiadomości, które dostawałam w trakcie trwania audycji wnioskuję, że nikt mnie nie posłuchał.

Dzień zaczął się wspaniale, serio, to nie ironia, nie tym razem. Gdyby nie fakt, że autobus na dworzec jechał drugie tyle, co powinien, że kolejki – czy w piekarni czy kiosku wlekły się maksymalnie, i że wskoczyłam do pociągu prawie przed jego odjazdem, nie miałabym na co narzekać. Dzięki temu przynajmniej pierwsza godzina podróży minęła mi szybciutko, bo tyle zajęło mi uspokojenie się. I czytanie Wzgórza Psów mistrza Żulczyka.

Później pizza, jeden sklep i drugi, mcdonald, bo telefony trzeba naładować, spacer, autobus, rossmann, RADIO,  jezutojużjachcęstądiśćczyjeszczemożemyuciecczemunie?

Chyba było za późno.

Tu jednak nie mam na co narzekać, bo od tego momentu wszystko potoczyło się tak szybko, że z tej godziny osiemnastej zrobiła się dwudziesta i już trzeba się było żegnać. To było smutne.  Ale wszystko to, co wcześniej, było super; od czekania, aż załoga kończąca audycję się pożegna i my będziemy mogły usiąść przy stole, dostać mikrofony, słuchawki, poprzez czekanie na wejście, śmieszki, rozmowy między wejściami, śpiewanie, przygotowywanie się do śpiewania, logowanie się na fejsbuka na radiowym komputerze kończąc na tym, że pan, do którego redaktor zadzwonił, przeklął na wizji, a my wszyscy po sobie popatrzyliśmy i wybuchliśmy śmiechem. To wcale nie była wina słabego, suchego żartu, dementuję plotki wszelakie.

Nie wiem, co podobało mi się bardziej, i, jednocześnie, co było bardziej abstrakcyjne. Czy to, że pan prowadzący jest super człowiekiem, który sprawił, że wszelkie nerwy które się w nas kołowały, wraz z wejściem „on air” po prostu minęły, czy to, że bardzo swobodnie się nam rozmawiało, a te przejścia między wejściem na antenę a rozmowami, które toczyliśmy w trakcie były tak naturalne, zupełnie jakbyśmy to robiły ZAWSZE, a nie dzisiaj, o tak niemal z doskoku. Z doniesień, bo przecież Radeek, a możemy sobie podłączyć telefony do prądu, podobno możemy startować na eurowizję 2018, bardzo dobrane z nas trio, aż koniec końców naprawdę jak usłyszałyśmy, że to ostatnie wejście, że już się żegnamy i pozdrawiamy, to zrobiło się nam smutno. Bardzo smutno.

Później mcdonald, bo z tych nerwów, które z nas zeszły, byłyśmy głodne; miało być jeszcze piwo przed nocnymi pociągami, ale skończyło się na murku przed pałacem kultury. I samą podrożą, która była chyba najbardziej niewygodną.

Od wyjścia z domu około godziny dziewiątej, do powrotu – czwartej nad ranem, zjeździłyśmy pół Polski, zjadłyśmy dużo niezdrowych rzeczy, jeździłyśmy metrem, ja – windą (a się ich boję!), aż w końcu wystąpiłyśmy w radio, ktoś nas słuchał, ktoś komentował nasze poczynania, i mimo tego że trudno w to uwierzyć – to serio się wydarzyło.

To chyba najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłam w życiu. :D

A może znajdzie się tu ktoś, kto słuchał saksów w piątkowy wieczór w MUZO.FM i zastanawiał się, co to są za chichotki tam przed mikrofonami?

18.05.2017

despasito despasito i to, co w życiu najważniejsze

Takie dni, jak dzisiejszy, są zbawieniem.

Nawet jeśli budzik dzwoni punktualnie o 6:00 i jeśli o 6:06 nadal leżysz w łóżku bo nie chce ci się wstać.

Nawet, jeśli o ósmej masz angielski a później prezentację, której tak bardzo ci się dzisiaj nie chce przedstawiać.

Nawet, jeśli czytasz wszystko z kartki, bo prezentacja na rzutniku się rozmazała i nic nie widzisz.

Nawet, jeśli później masz ważne spotkane, na które musisz iść, a na które ci cię nie chce, bo wolałabyś laptopa, łóżko i chipsy.

Bo po tym wszystkim dostajesz sms-a, a później, wieczorem, kiedy dzień zmierza ku końcowi, kiedy ludzie powoli się wyciszają, siedzisz nad Wisłą, przyglądasz się zachodowi słońca, biegającym ludziom, pijesz to frappe, i myślisz sobie, siedząc na tej trawie, patrząc na to wszystko i wszystkich wokół, że jednak jest fajnie.

Bo w końcu promotor mniej-więcej zatwierdził konspekt, i już jest krok do przodu.

Bo w końcu skończyłaś coś, co nie miało najmniejszego sensu. Bo znowu miałaś być kimkolwiek, a przecież jesteś jedyna w swoim rodzaju.

Bo masz z kim wyjść na to piwo, na ten rynek czy nad tą Wisłę.

Bo masz do kogoś zadzwonić, napisać wiadomość, z kim się pośmiać.

W tym wszystkim nie chodzi o to, by albo wiecznie być człowiekiem z różowymi okularami na nosie, albo znowu – smutasem, który widzi we wszystkim czarne rzeczy. O to chodzi, by znaleźć zdrowy balans, by mieć z kimś wyjść na to durne piwo, by sobie chodzić ulicą i śpiewać, by mieć te swoje guilty pleasures, by słuchać tego, co się chce, by robić to, co się chce, by się śmiać, płakać i czytać i pisać i oglądać i żyćNawet, jak spadnie deszcz. No dobra, wtedy nie, ale wiecie o co chodzi.

Takie przesłanie z dzisiejszego dnia. Dobrego dnia ;)

A teraz idę sobie słuchać tych guilty pleasure.



proszę, zabrońcie mi tego słuchać, ale to jest taaakie bardzo kojarzące się z latem, że nie mogę przestać zapętlać. 

07.05.2017

all that I want is to wake up fine

Jak to było, kawa bez kofeiny, piwo bez alkoholu, życie bez sensu.

I tak się chyba jakoś czuję, zupełnie bez sensu.

Niby się układa, niby leci czas przed siebie, niby cały czas coś jest, a tak naprawdę jednak okazuje się, w pewnym momencie, że dupa wołowa.

I to ja wcale nie mówię o tym, że chociaż raz w życiu chciałam zaszaleć, że  po tym jak zobaczyłam w lustrze, że całą grzywkę mam siwą, a później jak się ucieszyłam, że wracam do naturalnego koloru włosów, to poszłam do sklepu i kupiłam niebieską zmywalną farbę.

Która oczywiście nie wyszła, bo zamiast tego niebieskiego to ja mam końcówki, ale szare, mysie i ledwo widoczne. Jeżeli stanę na palcach, w słońcu, przy lustrze, to widać ale żeby tak bez, to jakoś niespecjalnie.

I śpię dużo, oglądam seriale, przeżywam kryzysy (np. bo netflix nie działał przez chwilę, a nie przez to że nie mam pomysłu na moją pracę magisterską, szanujmy się, priorytety), czytam książki, dużo, dobrych, ale jakoś – powtórzę się – jest bez sensu.

Chcę słońca. Muzyki głośnej. Ciepła. Radości. Żeby włożyć tą spódnicę, co ją oglądam właśnie w sklepie internetowym, i chyba po nią pójdę. Żeby tą narzutkę limonkową narzucić, a na nogi baletki włożyć. I tak biec gdzieś. Iść. Błądzić z rynku nad Wisłę (tak, nie potrafię trafić). Leżeć na trawie, a później zastanawiać się, jak stąd wrócę.

Ale mam do napisania konspekt, pracę, i wstęp do magisterki. 


Lato? Wakacje? Ile jeszcze?


26.04.2017

bo ponoć głupota nie boli, a nadzieja jest matką głupich

Jestem niezrównanym mistrzem dawania drugich szans nawet wtedy, gdy ten ktoś nie zasługuje. Jestem mistrzem wierzenia, że w każdym człowieku jest coś dobrego nawet, jeśli nie widziałam tego na własne oczy. Przy tym wszystkim jestem beznadziejna w wyrzucaniu osób, rzeczy i obrazów z głowy. Raz się w niej coś pojawi i nie będzie mogło wyjść.

To też nie jest tak, że usilnie złapałam się jakiegoś wspomnienia, którego nie chcę puścić bo trzyma mnie przy życiu.

Dzisiaj nawet marudzenie mi nie wychodzi, a powinno, bo to co się dzieje, to jest jakaś komedia, w której proszę szanownego państwa ja wcale ale to wcale nie chciałam brać udziału.

Z Tym Od Kota (TOK) nie widziałam się od roku. Jakoś w połowie kwietnia roku 2016 się widzieliśmy, i w tym miejscu chciałabym podziękowac mojej cudownej pamięci, i wyobraźni, przez które to wcześniej wymienione pamiętam wszystko, dokładnie wszystko, z najmniejszymi szczegółami których to bym chciała nie pamiętać.

Wiem, że tupciając do tej kamienicy na rogu spotkałam pana żula, który to pan żul niosąc puszkę piwa w ręku spytał mnie, czy bym się przypadkiem z nim nie napiła; a później weszłam do tej kamienicy, po tych drewnianych schodach, przez ten przedsionek też przeszłam, zapukałam, i weszłam do pokoju, w którym przywitało mnie kocisko które poczuło się chyba zagrożone. Wiem, że było wino (“takie kupiłem, bo mówiłaś, że lubisz”), ciasteczka (“specjalnie do sklepu poszedłem!”) i Netflix, na dźwięk którego wybuchnęłam śmiechem. Był Tom Burton, niewygodne krzesło przy biurku na którym wiłam się w każdy możliwy sposób; z nogami na biurku, jedną, obiema, z opartymi na jego krześle; były tez te cholerne ciastka które jadłam tak, by nie pokruszyć, a to było trudne, jeszcze dlatego, że gapił się na mnie, próbującą nie nakruszyć, i mnie to peszyło, bo patrzył ukradkiem śmiejąc się od uch do ucha, więc kruszyłam i jeszcze bardziej się wkurzałam. Było delikatne mizianie po tychże nogach, co to nie mogły znaleźć miejsca; pamiętam też że był kot, który manewrował między szklankami z winem, raz czy dwa zarzucając niebezpiecznie ogonem, kot próbujący zwrócić na siebie uwage. Tak naprawdę było wszystko; oglądanie się za siebie gdy odprowadził na autobus, ciekawe czy sie obejrzy, czy nie, ale drodzy państwo,

co mi z tego, że się obejrzał, jak już później prawie się nie odezwał?

Jezu, jak ja tego wszystkiego nie cierpię. Tego, że przejeżdżam codziennie obok tej parszywej kamienicy, wokół której chodziłam i chodziłam, bo zawsze przychodziłam za wcześnie i mi było głupio, bo może jeszcze nie posprzątał. Tego, że jak sobie o mnie przypomni (wciąż nie wiem czemu) to do mnie pisze, i ja już naprawdę próbuję być niemiła, ale też niestety moją wadą jest to, że ja nie potrafię być  niemiła i mścić się na ludziach, bo to nie w mojej naturze zupełnie. Więc pytam, co jest, co się stało, i u licha nigdy nie dostaję sensownej odpowiedzi.  Jednocześnie nie potrafię powiedzieć “basta! daj mi święty spokój” bo czuje się odpowiedzialna za kogoś, kto o mnie nie pamięta (albo pamięta, jeśli i KIEDY chce).

A poza tym kierując się zasadą, że najlepiej zawróżyć sobie czymś kimś głowę, żeby za dużo nie myśleć, wyszłam z kimś się spotkać, wyszłam do ludzi, mimo nerwów, ściśniętego żołądka i ogólnie złego przeczucia i ja wam szczerze mówię, ja się do ludzi nie nadaję. “Randka”, której bym randką nie nazwała była okropna, i ja już oto w tym momencie kończę wychodzenie poza sferę swojego komfortu bo to jest zupełnie nieopłacalne zajęcie.

Tymczasem dostałam wiadomość od TOK i idę sobie chyba strzelić czymś w głowę, ot tak, w nauczkę za głupotę.


17.04.2017

easter

Wszystko powoli wraca do normy.

To jest, można już jeść to, czego miałoby braknąć, bo teraz zaraz się zepsuje więc trzeba pałaszować nawet, jeśli już się nie da.

Przy stole najczęściej powtarzanym wyrażeniem jest „nie zmieszczę już nic.. oooooooo, sałateczka, tak, tak, dołóż”.

Albo to, że we wtorek do pracy, szkoły, do szarych obowiązków. Naprzemiennie.

Później, że jakoś ta pogoda się skiepściła, i że chyba święta jej się pomyliły.

Następnie, że dopiero co było Boże Narodzenie, i gdzie ten czas mija.

Narzekanie, że tego się nie zrobiło a tamtego nie posprzątało.

I że jutro w końcu się odpocznie, bo już będzie po świętach.

No bo ile można?


A tak na serio to święta są przereklamowane, i nie mówię tego dlatego, że mam zły humor, tylko że raczej nudzi ten sam powtarzalny schemat. Jedzenie, przebywanie ze sobą choć na to się ochoty nie ma i tym podobne. Na szczęście jednak święta na wykończeniu i w końcu będzie można spokojnie do życia wrócić. Żeby się tylko jeszcze ciepełko zrobiło.


09.04.2017

nope



 Jak byłam w gimnazjum ktoś, kto kończył studia, ba, kto kończył liceum był dla mnie mega stary. Na zasadzie, że nie miałabym o czym z nim rozmawiać, pewnie to już stateczny człowiek z pewnymi planami na przyszłość. Twardo stąpający po ziemi, wiedzący czego chce od życia. Później poszłam do liceum i okazało się, że to brednia. Wtedy uważałam, że jeżeli robi się już ten licencjat, jeśli ma się ten dyplom w kieszeni to wtedy na bank się jest już mądrym, no bo jednak to już coś.  Sądziłam tym samym, że jeśli ktoś się dostanie na tą magisterkę, to już w ogóle hulaj duszo, piekła nie ma. No i wtedy poszłam na tą magisterkę, wpadłam w wir wydarzeń i… 

… to wszystko jest przereklamowane. Ludzie nie mądrzeją z wiekiem, ani tym bardziej wraz z rozwojem swojej „kariery”. Głupieją. Albo przynajmniej nie mądrzeją, tylko nadal się gubią, nadal mają wywalone, nadal im się chce spać, nadal oglądają te same seriale, śmieją się z tych samych rzeczy i po prostu mają dość. Nieustannie.



To już w ogóle inna sprawa, bo dostrzegłam, że mamy dość wszystkiego. Tego, że trzeba wstać rano i mieć zajęcia do południa, bo taki dzień rozwalony; dość  mamy tych zajęć na południe, bo niby możemy się wyspać ale dzień też jest rozwalony; tego, że pada deszcz bo jest zimno, ale kiedy jest słońce to też źle bo akurat siedzimy na uczelni i nie możemy z niego korzystać. Z tego, że wybieramy tego promotora bo był fajny, ale okazuje się niefajny, ale już za późno na zmianę. Tego, że tamta się tak wymądrza (ale jednak pasuje trzymać język za zębami, bo notatki się przydadzą), a tamta milczy i jest jakaś dziwna. 

Serio, narzekanie powinno się stać naszym sportem zawodowym. O to postuluje. I o to, bym w końcu nie zostawiała rzeczy na ostatnią chwilę (choć nadal utwierdzam się w przekonaniu, że tylko wtedy jestem tak niesamowicie produktywna).

Tymczasem idą święta, nie mogę się doczekać, kill me now.

28.03.2017

nastrój sponsoruje odell i kawalec

Moja chrypa jest idealnym zwieńczeniem poprzedniego tygodnia. Bo co dosadniej powie:  to był popaprany, ale bardzo dobry tydzień. 

Ogólnie to wiecie, ja jestem introwertyczny typ człowieka, który jeden wyjazd będzie przeżywał X czasu, choćby dlatego że po prostu wyszedł do ludzi innych niż ci, których spotyka codziennie na uczelni. Szczęśliwie więc w poniedziałek obudziłam się z bolącym gardłem i chyba gorączką, więc już wiedziałam że to będzie dobry tydzień. Poumierałam więc tego dnia co moje, pospałam, poużalałam się nad swoim marnym losem, z milion razy przeklęłam za to, że wymyśliłam ten durny wyjazd i że po co, lepiej było siedzieć przy komputerze, a nie, że się zachciało.

We wtorek wstałam zła, zziąbnięta, ale z walizą w ręce, torbą pod pachą pojechałam. Nie sama, przecież. W polskim busie szybko zeszło, pięć godzin minęło między palcami. Szybko do ho(s)telu, zostawić bagaże, później coś zjeść i w sumie tak wyszło, że pod torwarem byłyśmy godzinę przed tym jak wpuszczali. Tu muszę przyznać, że na wielu koncertach się było – może nie w torwarze ale w mniejszych klubach, i do organizacji nie mogę się przyczepić. Kolejka szła szybko, dużo szatni wobec czego tłum minimalny, w toaletach zero kolejek, tak samo dobrowolność przy wyborze miejsc – toć to trybuny, miejsca nienumerowane. Od momentu jak Tom wyszedł na scenę, zaczęła się magia w dosłownym słowa znaczeniu. Choć widziałam go na scenie jako punkcik w (zielonej?) marynarce z blond czupryną, to i tak dostałam dużo więcej, niż oczekiwałam. Skaczącego po fortepianie i głośnikach Odella nie da się zapomnieć. A już wykonania Another love na żywo to w ogóle. Na Magnetised to na przykład czekałam do ostaniej piosenki, i już byłam prawie na śmierć obrażona, że kopsnęłam się do wawy tylko po to, by mi tej piosenki nie zagrał? Bezczel jeden. Ale wynagrodził, zagrał, zaprosił na scenę parę, para się zaręczyła, Odell stwierdził że KOSIAM WAS, co było rzecz jasna urocze, dodając, że obiecuje, że z każdym koncertem w Polsce jego polski będzie lepszy. Trzymam za słowo!

Na drugi dzień trochę pozwiedzałyśmy, tj. połaziłyśmy po starówce, zjadłyśmy przepyszne śniadanie (OMG, PRZEPYSZNE) i wróciłyśmy do Krakowa. Bardzo niewygodnie się nam jechało, i pięć godzin przemęczyłam się, bo tu było niewygodnie, tak niewygodnie, tu o szybę źle, tu tyłek boli, tam noga ścierpła, jeden koleś gada przez telefon prawie non stop, inny z kolei nie wie, do czego służą słuchawki. Nawet książki nie tknęłam, więc zła i naburmuszona wracałam na mieszkanie, po drodze odebrałam………. KSIĄŻKI, co by innego, i jak weszłam do domu, jak wypiłam herbatę… jak zapadłam w sen, to spałam dziesięć godzin.

Nazajutrz ostatkiem sił udałam się na seminarium i chociaż tyle, że pan przyjął wstępnie CHYBA temat, bo wiecie, nie powiedział nie, a to prawie jak pochwała z jego ust.

Oczywiście gardło pobolewało z mniejszym lub większym skutkiem, ale c’mon, jest się na wyjeździe to takim czymś jak gardłem to się człowiek nie przejmuje. No ja też się nie przejmowałam, dopóki w sobotę nie zaniemówiłam, no ale oleję happysadów? 



No się wie, ze nie oleję. I choć nie skakałam, i choć nie pchałam się w tłum (życie mi miłe), stałam sobie na balkonie prawie nad sceną, przyglądając się dzikim pląsom Jakuba, który to drogie panie i panowie, w końcu zaczął się ruszać.  W końcu przestał być słupem soli. No, to tak wtedy pomyślałam, bo jak skoczył w tłum to tak jakby odebrało mi gadkę i byłam jak jedne wielkie WHAT THE FUCK IS GOING ON, gdzie on jest, a on proszę państwa, w tłumie, na rękach niesion, wielki wokalista, klękajcie narody. Wyściskali go, wyściskali, a później odstawili na scenę. Od tamtego momentu jestem jak I’m done, widziałam wszystko, śmiało mogę umierać.
 
Na dziś dzień w sumie nadal nie mówię, chrypię, ale co moje, to moje, uczelnia nie zając, zdrowie zdrowiem, ale chyba jednak ta muzyka, te koncerty i ta energia są fajne. Tego wszystkim życzę!

 i cicho. wcale nie dokształcałam się w autobusie do warszawy z twórczości toma. wcale, prawie że w ogóle. ej no, nie oceniajcie mnie.

15.03.2017

najbardziej lubię zapach...

Humor mój ostatnio wiele do życzenia pozostawia. Z jednej strony chichrać mi się chce, kiedy schowana za ekranem uczelnianego komputera siedzę na swoim laptopie i zamiast słuchać pana doktora to oglądam psie sucharki, chwile później wracam do mieszkania, zrzucam kurtkę, szalik, te buty wiosenne które jakiejś lekkości dodają, wchodzę do pokoju, łóżko niepościelone, bo przecież rano się nie chciało, to się kładę i tak mija pół dnia. 

Nowy semestr zupełnie i totalnie mnie sobą przygniata, czy to przez to, że z sesją męczyłam się prawie dwa miesiące, że miałam dość, że myślałam sobie „zachciało się to się ma”, bo przecież sama wybrałam uczelnię taką a nie inną, wobec czego nie mogłam nikogo obwiniać – oprócz siebie samej. Nowy semestr się zaczął, miało być mniej zajęć, ale przyszła magisterka i powiadam Wam, że za każdym razem moje wybory odnośnie promotora są po prostu śmiechu warte. Siedzę w tematach, główkuje i wymyślam a promotor nadal ma w głębokim poważaniu. Bo wszystko jest marketingiem, wszystko jest mediami, a ja proszę pana studiuję nic innego jak media, więc nie widzę problemu. 

Przyszły tydzień maluje się pod kątem koncertowym: Tom Odell, gdzie podbijam Warszawę, niby na dwa dni tylko ale zawsze coś, później happysad, gdzie czuję iż rozpadnę się na milion kawałków bo przecież ta nowa płyta to jakiś sztos emocjonalny, i tego nie powinni robić, bo to boli, ale przecież pójdę, jak mogłabym nie iść, jak mi prawie bilety sprzed nosa sprzątnęli (nigdy nie leciałam tak szybko do empiku).

 Mleko i miód. musicie przeczytać. musicie. 

Siedzę więc i myślę, i oglądam seriale (Gilmore girls, planuję rewatch House of cards) i czytam i patrzę na kolejne książki, i przechadzam się rynkiem, czuję wiosnę, patrzę na kwiatki i tak jakoś jest spokojnie niespokojnie. I nie wiem co o tym myśleć.

Nie jestem jednak w myśleniu najlepsza, więc po prostu sobie jakoś będę istnieć. A jak przyjdzie słońce, ciepło, wiosna, dłuższe dni biorę się za coś, co muszę zdać, i tak właśnie będzie – powoli do celu. Jakie Wasze plany na wiosnę?

27.02.2017

bez ładu i składu

Człowiek ze mnie taki, który mówi wszystkim w koło by się nie denerwowali bo to przecież szkoda nerwów, ale z kolei jak idzie o mnie samą, o egzaminy poprawkowe, to potrafiłam nie spać całą noc bo byłam zajęta tworzeniem scenariuszy jak bardzo jutro mi nie pójdzie. Ustny to był egzamin poprawkowy, a kiedy tak siedziałam na kanapie zestresowana i jąkałam, próbując ułożyć w głowie dalszą część wypowiedzi, padło pytanie od szanownego pana (przyszłego promotora) czy się denerwuję. Ależ skądże, trzęsie mną tak ze śmiechu. Koniec końców się udało, i jak wyszłam to nikt nie wierzył mi, że dostałam cztery. Ja do tej pory nie wierzę nawet wtedy, kiedy patrzę na ocenie w USOSie. 

Mając tak iwspaniały telefon jak mój, okazuje się, że pamięć nie sługa i od czasu do czasu trzeba się czego pozbyć, jeśli nadal się chce tworzyć miliony selfików. Przejrzałam zdjęcia, co głupsze usunęłam, pora na aplikacje. I oto taką jedną znalazłam, którą w zasadzie mogłabym odinstalować bo się obejdę bez niej… ale nie, stop, w tym momencie mózg trafia na jakieś pseudofale, zaczyna wymyślać sobie różne rzeczy i scenariusze, i oto ten mózg wymyślił właśnie, że nie, nie odinstalujesz tego człowieku, bo przecież Ten od Kota może napisać, i w sumie tylko przez to się kontaktowaliście! To nic człowieku durny, że ty nie chcesz raczej żeby do ciebie pisał, i ze on raczej już nie napisze boś obraziła jego dumę męską, ale na wszelki wypadek……… Na wszelki wypadek to ja się stuknę czymś mocniej w głowę, co nie.

Zanim się jednak stuknę, a już coraz więcej ku temu powodów, chciałam powiedzieć o tym jak bardzo się zawiodłam. Płytę kupiłam, pewnego zespołu, którą polubiłam a później dowiedziałam się czegoś o panu śpiewającym, co mnie zezłościło i sprawiło, że nigdy tej płyty nie przesłucham bez szukania dziury w całym. Oto bowiem okazuje się, że nic nie trwa wiecznie, miłość to nie pluszowy miś, a w zasadzie w tym momencie to nic, bo komuś odbiła szajba (raptem po dwunastu latach) i ja nie wiem co o tym myśleć. Znaczy wiem, bo jutro idę kupić bilet na koncert ale please, don’t judge me. 

W pierwotnym zamyśle konsumeryzm miał być blogiem zamkniętym, jednak po rozesłaniu wielu zaproszeń, po fatygowaniu Was wszystkich, doszłam do wniosku że to jednak nie moja bajka. Przepraszam bardzo i witam serdecznie nowoprzybyłych! A jakby o adres ktoś pytał, to blog powstał w czasie nauki na poprawkę...... także tego.


24.02.2017

netflix&chill

Koniec sesji!, wrzasnęła uradowana Ola dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, że co prawda ostatnia poprawka za nią i w końcu może pełnoprawnie cieszyć się feriami, ale te trwają… dwa dni bo od poniedziałku z powrotem na uczelnię. WHOOP WHOOP. 

Pocieszeniem wydaje się być jedynie fakt, że w nowym planie mniej przedmiotów, w związku z czym mniej zajęć, aczkolwiek planu jeszcze nie zrozumiałam, więc nie wiem co o nim sądzę.

Nadal jestem w osłupieniu po rejestracji na te zajęcia, bo we wrześniu w ciągu dziesięciu minut USOS zdążył się dwukrotnie wyłączyć, zablokować, odmówić posłuszeństwa; ja zdążyłam się wówczas zapisać na jeden angielski (do złej grupy), z którego się wypisałam i pospiesznie zapisałam do drugiego (udało się), i to była batalia którą się pamięta. A teraz? 8:03 i w sumie po fakcie. Promotor wybrany. Grupa ćwiczeniowa wybrana. I nawet wykłady też. W ciągu niespełna 10 minut. Później nastąpiła pustka, bo przecież cały dzień był podporządkowany zapisom. Czy coś.



To chyba tyle jeśli chodzi o to, co się u mnie ostatnio dzieje. Miałam dwa tygodnie ferii, więc uczyłam się na poprawki, umierałam ze strachu i tym podobne. W międzyczasie nabyłam Netflixa, którego zasoby przejrzawszy moja siostra stwierdziła, że teraz to już w ogóle z domu nie wyjdę (co jakoś mnie nie smuci), aczkolwiek rozczarowałam ją: zamierzam ludowi się pokazywać.  Raz na jakiś czas.

W planach na następne miesiące głównie koncerty, Tom Odell, panowie moi drodzy hepisadzi i Harry Potter tuż przed wielkanocą. W tym wszystkim jestem skłonna zauważyć, że ja chyba nie mam czasu na studiowanie, tym bardziej na pisanie magisterki. No ale już chyba bliżej niż dalej więc nie ma co dawać do tyłu. Chyba.

Co tam u Was? ;) 

Z dobroci serca dodaję i uprzedzam: nie wpisujcie w Google hasła "netflix and chill" i co gorsza - nie wchodźcie w grafikę. Byłam, widziałam, żałuję.