26.04.2017

bo ponoć głupota nie boli, a nadzieja jest matką głupich

Jestem niezrównanym mistrzem dawania drugich szans nawet wtedy, gdy ten ktoś nie zasługuje. Jestem mistrzem wierzenia, że w każdym człowieku jest coś dobrego nawet, jeśli nie widziałam tego na własne oczy. Przy tym wszystkim jestem beznadziejna w wyrzucaniu osób, rzeczy i obrazów z głowy. Raz się w niej coś pojawi i nie będzie mogło wyjść.

To też nie jest tak, że usilnie złapałam się jakiegoś wspomnienia, którego nie chcę puścić bo trzyma mnie przy życiu.

Dzisiaj nawet marudzenie mi nie wychodzi, a powinno, bo to co się dzieje, to jest jakaś komedia, w której proszę szanownego państwa ja wcale ale to wcale nie chciałam brać udziału.

Z Tym Od Kota (TOK) nie widziałam się od roku. Jakoś w połowie kwietnia roku 2016 się widzieliśmy, i w tym miejscu chciałabym podziękowac mojej cudownej pamięci, i wyobraźni, przez które to wcześniej wymienione pamiętam wszystko, dokładnie wszystko, z najmniejszymi szczegółami których to bym chciała nie pamiętać.

Wiem, że tupciając do tej kamienicy na rogu spotkałam pana żula, który to pan żul niosąc puszkę piwa w ręku spytał mnie, czy bym się przypadkiem z nim nie napiła; a później weszłam do tej kamienicy, po tych drewnianych schodach, przez ten przedsionek też przeszłam, zapukałam, i weszłam do pokoju, w którym przywitało mnie kocisko które poczuło się chyba zagrożone. Wiem, że było wino (“takie kupiłem, bo mówiłaś, że lubisz”), ciasteczka (“specjalnie do sklepu poszedłem!”) i Netflix, na dźwięk którego wybuchnęłam śmiechem. Był Tom Burton, niewygodne krzesło przy biurku na którym wiłam się w każdy możliwy sposób; z nogami na biurku, jedną, obiema, z opartymi na jego krześle; były tez te cholerne ciastka które jadłam tak, by nie pokruszyć, a to było trudne, jeszcze dlatego, że gapił się na mnie, próbującą nie nakruszyć, i mnie to peszyło, bo patrzył ukradkiem śmiejąc się od uch do ucha, więc kruszyłam i jeszcze bardziej się wkurzałam. Było delikatne mizianie po tychże nogach, co to nie mogły znaleźć miejsca; pamiętam też że był kot, który manewrował między szklankami z winem, raz czy dwa zarzucając niebezpiecznie ogonem, kot próbujący zwrócić na siebie uwage. Tak naprawdę było wszystko; oglądanie się za siebie gdy odprowadził na autobus, ciekawe czy sie obejrzy, czy nie, ale drodzy państwo,

co mi z tego, że się obejrzał, jak już później prawie się nie odezwał?

Jezu, jak ja tego wszystkiego nie cierpię. Tego, że przejeżdżam codziennie obok tej parszywej kamienicy, wokół której chodziłam i chodziłam, bo zawsze przychodziłam za wcześnie i mi było głupio, bo może jeszcze nie posprzątał. Tego, że jak sobie o mnie przypomni (wciąż nie wiem czemu) to do mnie pisze, i ja już naprawdę próbuję być niemiła, ale też niestety moją wadą jest to, że ja nie potrafię być  niemiła i mścić się na ludziach, bo to nie w mojej naturze zupełnie. Więc pytam, co jest, co się stało, i u licha nigdy nie dostaję sensownej odpowiedzi.  Jednocześnie nie potrafię powiedzieć “basta! daj mi święty spokój” bo czuje się odpowiedzialna za kogoś, kto o mnie nie pamięta (albo pamięta, jeśli i KIEDY chce).

A poza tym kierując się zasadą, że najlepiej zawróżyć sobie czymś kimś głowę, żeby za dużo nie myśleć, wyszłam z kimś się spotkać, wyszłam do ludzi, mimo nerwów, ściśniętego żołądka i ogólnie złego przeczucia i ja wam szczerze mówię, ja się do ludzi nie nadaję. “Randka”, której bym randką nie nazwała była okropna, i ja już oto w tym momencie kończę wychodzenie poza sferę swojego komfortu bo to jest zupełnie nieopłacalne zajęcie.

Tymczasem dostałam wiadomość od TOK i idę sobie chyba strzelić czymś w głowę, ot tak, w nauczkę za głupotę.


17.04.2017

easter

Wszystko powoli wraca do normy.

To jest, można już jeść to, czego miałoby braknąć, bo teraz zaraz się zepsuje więc trzeba pałaszować nawet, jeśli już się nie da.

Przy stole najczęściej powtarzanym wyrażeniem jest „nie zmieszczę już nic.. oooooooo, sałateczka, tak, tak, dołóż”.

Albo to, że we wtorek do pracy, szkoły, do szarych obowiązków. Naprzemiennie.

Później, że jakoś ta pogoda się skiepściła, i że chyba święta jej się pomyliły.

Następnie, że dopiero co było Boże Narodzenie, i gdzie ten czas mija.

Narzekanie, że tego się nie zrobiło a tamtego nie posprzątało.

I że jutro w końcu się odpocznie, bo już będzie po świętach.

No bo ile można?


A tak na serio to święta są przereklamowane, i nie mówię tego dlatego, że mam zły humor, tylko że raczej nudzi ten sam powtarzalny schemat. Jedzenie, przebywanie ze sobą choć na to się ochoty nie ma i tym podobne. Na szczęście jednak święta na wykończeniu i w końcu będzie można spokojnie do życia wrócić. Żeby się tylko jeszcze ciepełko zrobiło.


09.04.2017

nope



 Jak byłam w gimnazjum ktoś, kto kończył studia, ba, kto kończył liceum był dla mnie mega stary. Na zasadzie, że nie miałabym o czym z nim rozmawiać, pewnie to już stateczny człowiek z pewnymi planami na przyszłość. Twardo stąpający po ziemi, wiedzący czego chce od życia. Później poszłam do liceum i okazało się, że to brednia. Wtedy uważałam, że jeżeli robi się już ten licencjat, jeśli ma się ten dyplom w kieszeni to wtedy na bank się jest już mądrym, no bo jednak to już coś.  Sądziłam tym samym, że jeśli ktoś się dostanie na tą magisterkę, to już w ogóle hulaj duszo, piekła nie ma. No i wtedy poszłam na tą magisterkę, wpadłam w wir wydarzeń i… 

… to wszystko jest przereklamowane. Ludzie nie mądrzeją z wiekiem, ani tym bardziej wraz z rozwojem swojej „kariery”. Głupieją. Albo przynajmniej nie mądrzeją, tylko nadal się gubią, nadal mają wywalone, nadal im się chce spać, nadal oglądają te same seriale, śmieją się z tych samych rzeczy i po prostu mają dość. Nieustannie.



To już w ogóle inna sprawa, bo dostrzegłam, że mamy dość wszystkiego. Tego, że trzeba wstać rano i mieć zajęcia do południa, bo taki dzień rozwalony; dość  mamy tych zajęć na południe, bo niby możemy się wyspać ale dzień też jest rozwalony; tego, że pada deszcz bo jest zimno, ale kiedy jest słońce to też źle bo akurat siedzimy na uczelni i nie możemy z niego korzystać. Z tego, że wybieramy tego promotora bo był fajny, ale okazuje się niefajny, ale już za późno na zmianę. Tego, że tamta się tak wymądrza (ale jednak pasuje trzymać język za zębami, bo notatki się przydadzą), a tamta milczy i jest jakaś dziwna. 

Serio, narzekanie powinno się stać naszym sportem zawodowym. O to postuluje. I o to, bym w końcu nie zostawiała rzeczy na ostatnią chwilę (choć nadal utwierdzam się w przekonaniu, że tylko wtedy jestem tak niesamowicie produktywna).

Tymczasem idą święta, nie mogę się doczekać, kill me now.